Nie wszyscy w Katowicach słuchają Feela
Katowicka Dolina Trzech Stawów po raz drugi gościć będzie najciekawszych artystów polskiej i zagranicznej alternatywy. Przez ostatnie lata impreza Artura Rojka wyrobiła sobie świetną markę nie tylko na zachodzie Europy, ale i za oceanem, skąd co roku przybywa na nią spora gromada niszowych twórców. Po wschodniej stronie próżno szukać drugiego tego typu wydarzenia. To festiwal wyjątkowy przede wszystkim z powodu różnorodności prezentowanych stylów i gatunków muzycznych. Zasada jest prosta: jeśli nie przepadasz za popem przez małe „p”, granym do znudzenia w największych stacjach radiowych, ani za wątpliwej jakości gwiazdami, zapełniającymi stadiony piłkarskiej ekstraklasy, a interesuje cię wszystko, co dziwne i wymykające się prostemu zaszufladkowaniu, trafiłeś w odpowiednie miejsce. Tutaj przyjeżdża się nie tyle, by usłyszeć i zobaczyć konkretne zespoły, ale przede wszystkim, żeby odkryć swoich nowych ulubieńców. Nikomu nieznany duet z małej sceny może bardziej zabłysnąć, niż dużo mniej anonimowy tercet nocą w blasku reflektorów. W festiwalowym szaleństwie jest jakaś metoda. Brakuje w zasadzie jedynie klasycznego jazzu i muzyki poważnej. Smakowitą przekąskę znajdą dla siebie zwolennicy monumentalnego metalu i minimalnego techno. Nie miałbym twardego orzechu do zgryzienia (choć, aż chce się napisać do przełknięcia), jeśli musiałbym opowiedzieć się po jednej ze stron, jednak razem z zespołem Miss Polski także występujemy w ramach tegorocznego festiwalu, zatem nie wypada mi tego robić, ani tym bardziej rekomendować niektórych (a tym samym pomijać innych) krajowych wykonawców, więc będzie tylko o zagranicy.
Kilka spojrzeń w menu
Wśród tegorocznej obsady nie brakuje legendarnych i powracających zespołów sprzed wielu lat (Gang of Four, Public Image Ltd.), ani też świeżych debiutantów (Glasser, Warpaint) i przy tych drugich zatrzymałbym się na chwilę. Glasser to dziwniejsze wcielenie Enyi (tej pani od irlandzkiego folku w wersji dla mas). Naprawdę nazywa się Cameron Mesirow i swoim pierwszym albumem „Ring” zasłużyła sobie na miarę jednej z najciekawszych debiutantów minionego roku. Porównywana do Fever Ray, Bjork i Bat For Lashes zasłynęła także z miłości do mupetów i rocka progresywnego. Natomiast Warpaint, czyli cztery urocze dziewczyny z Los Angeles są dobrym przykładem na to, że płeć w muzyce gitarowej nie gra istotnej roli. Świetnie przyjęty długogrający debiut „The Fool” i udany lifting klasyku Davida Bowiego „Ashes to Ashes” sprawiły, że zaczęto doszukiwać się w nich następczyń Cocteau Twins. Na status alternatywnych sław zapracowało kilka innych formacji ze zbliżającej się, szóstej edycji festiwalu. Belgijski dEUS ma na koncie kilka bardzo udanych płyt na czele z „The Ideal Crash”, wydanym pod koniec XX wieku, natomiast jego lider Tom Barman z sukcesem zadebiutował w roli reżysera filmu „Z piątku na sobotę”. 
To będzie z pewnością jeden z najbardziej oczekiwanych koncertów, podobnie jak występ Primal Scream. Brytyjczycy zagrają w całości największe arcydzieło, słynną i niedawno ponownie wydaną „Screamadelikę”. Do Polski powracają też inni giganci alternatywy: Jeremy i Matt, czyli kanadyjski duet elektro Junior Boys, wprost z Minnesoty, niezwykle wolny i melancholijny Low oraz szkocki Mogwai, znany z wyjątkowo głośnych koncertów i zamiłowania do określenia „hardcore”. Wydarzeniem z pewnością będzie występ trzech zespołów nagrywających dla kultowej wytwórni 4AD. Nowojorskie Blonde Redhead to wyborna kombinacja piękna i smutku, mające dominikańskie korzenie Twin Shadow zachwyca oryginalnym spojrzeniem na to, co najlepsze w latach 80-tych, a zwariowane Ariel Pink’s Haunted Graffiti zaprasza na psychodeliczną podróż bez mapy i nawigacji w bliżej nieokreśloną przeszłość. Bilety na wszystkie loty dostępne są aż do wyczerpania.
Niepewność na miarę naszych czasów
W trakcie kilkuletniej rezydencji w Mysłowicach OFF Festival rozrósł się do wymiaru „XL” i zmienił swoją siedzibę na sąsiednie Katowice. Jedno pozostaje bez zmian: na fanów niekonwencjonalnych rozwiązań dźwiękowych czeka sporo niespodzianek. Nigdy nie jest dokładnie według prognoz. Zaskakują artyści i pogoda. Choć bardzo chciałbym, żeby Junip z Jose Gonzalezem (tym od piosenki z kolorowej reklamy japońskich telewizorów) zagrał progresywną wersję „Heartbeats”, Ringo Deathstarr wybudował na scenie wielką ścianę dźwięku, Neon Indian zabrał na szamańską albo szampańską imprezę, a Destroyer zniszczył piosenkami z ostatniej płyty „Kaputt”, to całkiem możliwe, że będzie zupełnie inaczej. Być może znacznie większe wrażenie zrobi na wszystkich występ niemieckiego Bohren & Der Club of Gore, „najdelikatniejszego zespołu blackmetalowego na ziemi”, brutalnie hałasującego AIDS Wolf albo show w wykonaniu twórcy syryjskiego techno - Omara Souleymana. I ta niepewność sprawia, że warto jeździć tam każdego roku.
Roman Szczepanek





