Ale sam przecież czytasz trochę...?
No tak, ale wiesz, ja jestem wyjątkiem (śmiech). Nie tylko ja jestem wyjątkiem, tych wyjątków jest trochę więcej. Dowiedziałem się ostatnio, że Budzy przeczytał „Proces” Kafki.. Szacuję po prostu, że jestem wyjątkiem potwierdzającym regułę. Muzycy z reguły nie zajmują się literaturą ani teatrem. Zapytaj kogokolwiek z jazzmanów, czy chodzi do teatru... Ja chadzam. Mało tego, nawet jako niedoszły anglista musiałem czytać od Szekspira, Marlowe'a, aż do Becketta. Dużo też naczytałem się polskich dramatów Gombrowicza i Witkiewicza głównie. A przy okazji, proza w teatrze powoduje, że tę materię czuję. Szczerze mówiąc, lepiej się znam na filmie, niż na teatrze, ale coraz bardziej się zagłębiam w tę materię, bo to jest ciekawe po prostu. Jeżeli jest to dobry teatr i jeżeli jest to teatr nowoczesny - bo w starociach nie gustuję - to po prostu chętnie się temu przyjrzę.
No właśnie. Jesteś zwolennikiem teatru klasycznego, czy teatru nowoczesnego, który często nie przebiera w formie, szokując widza? Rozbieranie się na scenie, płonące krzyże...
Powiedziałem, że lubię teatr współczesny, ale z drugiej strony dla mnie Gombrowicz to jest współczesny teatr cały czas. A przecież Gombrowicz i jego „Iwona księżniczka Burgunda” to jest rok 1938 chyba, a brzmi bardzo współcześnie. Jego zabawy formą, jego żart z ludzkości okrutny to jest cały czas rzecz na czasie. Witkacy też jako stary ćpun i bibosz, nawet jeśli jego sztuka się zestarzała (jego literatura szczególnie, bardziej niż dramaty), to jako postać taka całkowicie rozjebana, mówiąc językiem młodzieżowym, we wszelkim porywie życiowym jest naprawdę bliska mi, czy pewnie też Robertowi Brylewskiemu czy Iggy'emu Popowi. Ci ludzie są teoretycznie antyczni, a z drugiej strony współcześni. To się wszystko zmienia, bo dalej sięgnąwszy, pamiętam, że kiedyś czytałem Żeromskiego, bodajże „Przedwiośnie”. W tym można się zagrzebać, to nie są takie stare rzeczy. Co innego Słowacki czy Fredro. Słowacki jest taki bolesny, bo dotyczy historii Polski, jak - nie przymierzając - obrazy Beksińskiego opływające w śmierć, trupy i pożogę. A Fredro z kolei jest komediowy, a humor się najszybciej starzeje. Współczesnych rzeczy tak naprawdę nie ma. Jest klasyka. Tę klasykę można podzielić na klasykę, która, niestety, wymaga odświeżeni i taką, która trzyma się kupy. Nawet w tej mierze, w tym, co dzisiaj widzimy na Konfrontacjach, jest klasyka ponadczasowa, która przetrwała np. Gombrowicz i jest klasyka, która wymaga sporego kolorowania, żeby to wyszło znowu. I tutaj też Witkacy się szybko starzeje i trzeba to rozciągać, szlifować, garbować, wstawiać jakieś podstawki itd. Jak na obrazkach Dalego. Można je interpretować na nowo, można całkowicie rozczłonkować, można je odświeżyć, jeśli wymaga odświeżenia. Jeśli nie wymaga, można je po prostu pokazać po bożemu. Wszystko zależy od tego, jakie to jest dzieło. Jeżeli ktoś chce, to może nasrać na scenę. Nie ma problemu, tylko po prostu jest pytanie, czy to wytłumaczy jakoś. Sramy na scenę i chcemy jeszcze ludzi tym zająć i sprawić, żeby w pizdu osób nie wyszło z tego teatru. Dlatego dobrze wiedzieć - dlaczego, mieć jakiś program, manifest, pewien rodzaj myśli przewodniej, uświadamiającej nam jakiś proces. I tutaj należałoby nawiązać do tego, że teatr poniekąd też jest wprzężony w myśl społeczeństwa alternatywnego, które po prostu myśli i które chce się odcinać od tego, co w telewizji widzimy, od tego co widzimy na co dzień na ulicy. To powoduje, że ci ludzie wychodzą z jakimiś pytaniami, ciekawymi ideami. O to chodzi. Żeby wyrazić, żeby troszeczkę wybić z tego oczywistego marazmu. Tutaj widzę rolę teatru. Jeżeli on ma tylko uśpić, no to jest do dupy. Myślę, że teatr może być czymś w rodzaju przeciwwagi dla popkultury.
Jak zapatrujesz się na modę adaptowania filmów na scenie? Czy jest to jakaś forma powstała z braku pomysłów typu "znacie film, więc chodźcie zobaczyć jak robimy go na scenie"...
Teatr z racji tego, że do czynienia mamy z rzeczami, które są najczęściej antyczne czy anachroniczne, przypomina muzykę klasyczną. Masz Bacha, Mozarta, którzy są sprawdzeni, uznani, a których się wbija uczniom od zarania dziejów. A współczesne rzeczy są mało sprawdzone, mało są zweryfikowane przez czas. To jest inaczej niż w filmie, bo w filmie jest tak, że jest dużo nowych scenariuszy. Pojawia się nowy trend, jakiś nowy reżyser, pojawia się jakiś Jarmush, Lynch, Krazue, Smarzowski czy Niewolski i są to nowe tezy. Owszem, filmów do dupy też jest bardzo dużo. Ale jeśli chodzi o teatr, to jednak akcent jest na to co było, na to, że to co było napisane. To jest dobre i sprawdzone, i teraz musimy to w kółko repetować. I to już jest jakaś skaza na teatrze, kŧóra ciąży moim zdaniem, bo jednak to czyni teatr takim trochę skansenem. Stąd ta walka w teatrze, żeby go uwspółcześnić, żeby teatr wyszedł trochę ulicę, żeby się odświeżył, żeby nie był takim pachnącym pudrem i starym kurzem wylewaniem starych historii. Teatr musi się wysilić i tutaj ten wysiłek jest dwojaki, bo czasami ludzie sięgają do popkultury, robią co mogą - pokazują dupę na scenie, puszczają Madonnę. I też okay. Pod warunkiem, że to się też dobrze wytłumaczy. Dla mnie nie problemu, żeby na przykład użyć czegoś z popkultury, nie ma problemu, żeby korzystać z wideokamery na scenie, nie ma problemu, żeby korzystać z jakichś filmowych trików itd., pod warunkiem, że to się trzyma kupy. Bez sensu, żeby on odgrywał to, co robi film, bo film zrobi to lepiej. Tak samo, moim zdaniem, niepotrzebnie jest w teatrze za dużo hiperrealizmu. Po prostu już mamy w telewizji taki rodzaj gówna, że Pani Łepkowskiej chłopak dostał HIV-a, tę zgwałcono, ten tam jeździ na wózku, tamten sobie zdał na polibudę, ta będzie miała dzieci, wszyscy się cieszą, ta zdradziła z psem czy z osiołkiem męża. I wszystko fajnie, ale generalnie to teatr tego ma nie pokazywać. Jeżeli z tego korzysta, to do jakiś wyższych celów moim zdaniem. I to jest to pytanie, czy teatr może sobie pozwolić na taką niskość, na korzystanie z tego wszystkiego. W prawdziwej sztuce chodzi o katharsis, czyli po prostu oczyszczenie z uczuć lęku, stłumionych emocji, bólu czy cierpienia. Dobry teatr po prostu wywołuje wzruszenie, powoduje to, że człowiek chce być lepszy, że go inspiruje, że wychodzi ze spektaklu z jakimś bagażem doświadczenia i ma ochotę przynajmniej zabrać się za coś swojego: napisać piosenkę, czy napisać bloga, czy zabrać się za zdjęcia. Uważam, że to jest też domena sztuki. Rzeczy typu telenowela tego nie proponują. Dlatego dochodzimy do takich paskudnych pytań, które teatr musi zadawać, a których telenowela nie zadaje. Telenowela moim zdaniem klepie ludzi po plecach i mizdrzy się do nich, a teatr nie powinien mizdrzyć się. W teatrze jest trochę faszyzmu. Jest reżyser - kutas, są aktorzy, reżyser wali pięścią, stawia tezy, ludzie wychodzą. Trudno. Teatr nie musi się zniżać do tego, żeby prosić o łaskę widzów. On stawia tezy, które są po prostu niebezpieczne, niepokojące.
Masz już 42 lata. Z perspektywy czasu wydaje Ci się, że więcej jest teraz ludzi, którzy „coś robią”?
Tak, wydaje mi się, że jest taka ogólna tendencja, że dużo ludzi ostatnio robi sztukę. I to jest okay. A z drugiej strony właśnie trzeba sobie zdać sprawę z tego, że część społeczeństwa coraz bardziej głupieje, a część społeczeństwa się coraz bardziej radykalizuje. I ta część radykalna społeczeństwa coraz aktywniej chce brać udział po prostu w tej sztuce. I to jest wyraźne, to jest widoczne najlepiej w internecie - ludzie biorą sami w ręce różne produkcje - czy filmu, czy poezji, czy bloga. Mi się wydaję, że artyści, którzy należą trochę do epoki zamierzchłej, muszą sobie z tym poradzić. Mimo tego co mówiłem o tym faszyzmie, że więcej ludzi będzie wołało z audytorium, „chuja, nie masz racji, kurwa, bzdura, bo ja też piszę", to są ludzie chętni do dyskusji. Już nie ma sytuacji, że jest guru i głupole. I to jest normalne i trzeba to przyjąć. Wszyscy piszą, wszyscy robią zdjęcia, wszyscy grają muzykę i to jest w porządku. Ale nie wszyscy będą żyli z tego, bo nie ma takiej potrzeby i to nie jest wcale takie łatwe. Zawsze jednak jest część, która robi się wartościowa, a część - wartościowa inaczej. Mówię tu o wartościach psychoterapeutycznych, bo wiadomo, że sztuka leczy wszystkich. Muzyka, robienie filmów, pisanie. To jest dla ciebie, do szuflady - lek, którego nikt ci nie zabierze. A z drugiej strony robić to dla 200 osób, 2000 , 5000 wymaga po prostu wielu lat i życia i karku, kurwa, złamanego i nie wiadomo, czy w ogóle warto to robić. To jest parę groszy z reguły, a masz blizny na plecach. To nie jest łatwy kawałek chleba.
Ale Ty, w pewnym momencie rzuciłeś studia i zająłeś się właśnie muzyką...
Zrobiłem to z przyjemnością. Jako dziecko nauczycieli, właściwie nauczycielki i naukowca (wszyscy u mnie mają studia w rodzinie) z przyjemnością rzuciłem studia, bo czułem, że jest to rodzaj ofiary, którą ja opłacam to swoje muzykowanie. Nie lubię nie kończyć rzeczy, ale nie żałowałem tego nigdy. Jeżeli uczy się człowiek medycyny, czy architektury, są pewne kanony wiedzy, które są istotne. A jeżeli chodzi o angielski, to albo znasz albo angielski albo go nie znasz...A z polskim jeszcze bardziej jest boleśnie, choć to niby oczywista umiejętność. Dowiadujesz się coś więcej o gramatyce opisowej, o językoznawstwie, ale polski język po prostu znasz. Po prostu możesz sobie trochę leksykon poszerzyć. Życie jest takie, że rzadko udaje się je przeżyć w jakimś takim stanie constans, bo jest meandryczne. Raz jesteś na wozie, raz jesteś pod wozem. Jeżeli komuś jest zawsze dobrze, na każdym dworze, to jest obawa, że po prostu komuś ciągnie lachę. Mówię oczywiście w cudzysłowie. Ciągnie lachę jakiejś instytucji może, a może publiczności. Artysta powinien się przyzwyczaić do tego, że raz będzie miał trochę kasy, raz dostanie robotę w telewizji jak ja, a potem go wypierdolą. I się powinien do tego nie przywiązywać. Jego życie nie jest po to, żeby dwadzieścia lat siedzieć na uczelni. Trzeba się przyzwyczaić, że będzie różnie. Raz będzie pod mostem spał, raz będzie kapało na plecy.
Oglądasz ostatnio telewizję?
Nie.
Zastanawiałem się po prostu dlaczego z anteny ściągnęli „łossskot”...
Nie ma kasy. Mam ciągle dobry kontakt z Grzesiem Jankowskim, który był reżyserem „łossskotu” - również pomaga mi, czy właściwie ja mu pomagam - wszystko jedno. Razem pracujemy przy polskim gównie. Jankowski prowadzi hurtownię książek.. Ludzie, którzy zostali w tej telewizji, którzy kiedyś zarabiali niezłą kasę, teraz dostają jedną trzecią z tego, co kiedyś. Opowiadają mi o tym, co się tam dzieje. Wiem, że TV jest na skraju wycieńczenia budżetowego, a to wszystko się zaczęło od tego, że prezesi dawali sobie odprawy i zarabiali kasę razem z kumplami. Nagle okazało się, że nie ma kasy na kulturę i zaczęli zwijać wszystkie kulturalne programy i skończyło się tak, że kasy nie ma na nic. Ja się tym nie przejmuję, bo moim planem było to, żeby 2-3 lata popracować przy „łosskocie”. Ja myślę, że po pięciu latach zwariowałbym od tego, co robiłem. Na to ma wpływ wiele czynników. Choćby taki, że artysta musi bardzo uważać na kompromis. Nie oszukujmy się, pisanie krytyki czy recenzji jest kompromisem.
Wróćmy do Opola. To miasto, które buduje swoją tożsamość opierając ją na Krajowym Festiwalu Polskiej Piosenki, który, jak wiadomo, nie jest najwyższych lotów…
…nie ma co narzekać, macie dobry teatr. Jak przyjechałem do Opola, to myślałem, że zastanę teatr prowincjonalny, a tu kobyła wielka stoi i macie festiwal z tradycjami wielkimi, bo macie Klatę i Jarzynę, i wszystkie nowości od paru lat, które się dzieją w Krakowie, Warszawie czy Bydgoszczy. I to jest właśnie zajebiste, choć wiem, że nie wszyscy to oglądają . I jestem pewien, że dużo łatwiej jest oczekiwać od Opola, że coś się tu stanie jeszcze więcej, mimo monodramatyczności tej sytuacji, że jest teatr i Opole, jest czarne albo białe, ale nie ma pieniędzy. Ale i tak jest lepiej, niż np. w Kołobrzegu, w którym nieprędko coś wyrośnie. A tu jest kwestia tego, tylko żeby jeden świr z drugim świrem powiedział "chodź, kurwa, zrobimy alternatywną formę tego Opola, napiszemy tylko Opole 2 , i też weźmiemy kogoś z telewizji i weźmiemy kogoś z teatru". Tu są po prostu krzemienie, macie papiery na to, żeby coś się tu działo. Gorzej jest z miejscami, gdzie nic się nie dzieje i nigdy się nie będzie działo. Jest np. Szczecin, który jest chyba nawet większy od Opola, ale tam nic się nie dzieje. Jak się tam przyjedzie, to piszczy, trzeba stamtąd spierdalać. Ale piękne miasto jest.
Kiedyś w Opolu była taka sytuacja, że ma grać Tymański Yass Ensemble w Miejskim Ośrodku Kultury, następnego dnia okazuje się, że koncert jest odwołany. Dzwoniłem do waszego menedżera w tej sprawie i powiedział, że jazz w Opolu się nie sprzedaje.
Nasz menago jest z Opola i podobno badał tutejszy rynek, ale myślę, że gdyby to rozpropagować, to przyszłoby więcej ludzi. On tu jest zwaśniony z paroma osobami i dlatego tak wyszło.
Grasz po raz kolejny w Komprachcicach, wlot za dychę i na dobrą sprawę, jakoś to funkcjonuje...
W Polsce jeszcze dużo rzeczy się chce, ale boję się innej rzeczy. Ja często narzekam na Polskę, np. są koncerty na których gra gość od Toma Waitsa i tam przychodzi 15 osób, ale boję się że przyjdą czasy, kiedy w Polsce będzie się działo tyle ciekawych rzeczy, że ludzie będą się bali chodzić na koncerty. Okay, można narzekać, że ciężko zebrać kasę, żeby coś się działo w Polsce. Na przykład chcesz zrobić jakiś festiwal filmowy, to musisz ciężko wbijać pazury w ziemię, żeby ruszyć z miejsca, kiedy na przykład w Niemczech prawie w każdym mieście coś się dzieje. Gorzej będzie, jak się nie będzie chciało, bo wszytko już będzie: wszyscy mają na jointy, mają mieszkania, 50-calowe telewizory, siedzą zjarani i im się nie chce wyjść. W latach 90. w ogóle tej kasy nie było, teraz średnia się podnosi. Jak ludzie więcej zarabiają, to mają tę energię, że gdy o 16.00 wyjdą z biura czy urzędu, to powiedzą "a teraz, kurwa, czas na coś innego". Dlatego w internecie prowadzisz bloga, robisz stronę, organizujesz jakiś festiwal. I to cieszy. A jeśli rzucisz kasę, to robisz to jeszcze lepiej. Wszystko przed nami.
Lubisz Polskę?
Tak, lubię. Bardzo lubię Polskę i bardzo mnie wkurwia.
A słowo „patriotyzm” które jest takim słowem, które zamiast działać budująco, drażni…
…jestem patriotą, ale nie w znaczeniu takim narodowo-socjalistycznym, ale z drugiej strony jestem kosmopolitą, czuję się mieszkańcem Europy i świata i chciałbym czasami też od tego brzemienia Polski uciec, żeby nam tak nie ciążyło. Zawsze patrzyłem na świat, na Europę np. na Anglię, na ich muzykę z perspektywy więzienia znając ją z radia, z audycji trójkowych i myśleliśmy "o ja pierdolę, być Clashami, być na Brixtonie, to jest zajebista rzecz". Ale nie chciałbym stracić jakiejś tam swojej etniczności. Jestem patriotą, nie wyjechałem stąd. Lubię Polskę, ale wkurza mnie strasznie - ale tu mieszkam. Gdybym mieszkał w Niemczech, to bym był wkurzony na Niemcy. Myślę, że są ludzie, którzy zawsze żyją w takiej kontrowersji. Myślę, że ona jest tam wszystkim dana, tylko nie każdy ją sobie uświadamia. Kochasz ten kraj, ale nie wiadomo dlaczego, dlatego że kojarzy Ci się z językiem, z ludźmi, przyjaciółmi, ale lubisz te miejsca. Czasami jest taki piękny zachód słońca na Mazurach i myślisz "to jest zajebiste". Jest coś w tym, że człowiek kocha to miejsce i dużo mu wybacza. A to, że wkurwia, że widzimy dużo męki i beznadziei, to nie wiem... Pracujemy na lepsze jutro i wzięliśmy się za bary z rzeczywistością, Jest taka szansa, że będzie lepiej.
Kiedyś zagadnąłem Cię i powiedziałeś, że jest szansa, że wydacie płytę koncertową.
Tak, myślimy o tym. Ja trochę nie lubię płyt koncertowych. Kiedyś z Kurami wydaliśmy płytę koncertową i brzmieniowo była tak sobie udana. Jestem perfekcjonistą i płyty studyjne są u nas dopracowane dużo bardziej, bo ja jestem zdania, np. jak The Beatles - koncert koncertem, a płyta po prostu musi być zajebiście zrobiona i z sercem. Gadaliśmy, żeby zrobić na dziesięciolecie kapeli - za jakiś rok czy dwa taką sesję z długaśnymi numerami na żywo, tylko trzeba to dobrze zrobić. Często człowiek się napala, że nagrywa gdzieś tam płytę i to miejsce nie brzmi zbyt dobrze. Najlepiej jest nagrać w trzech miejscach na raz albo gra się w jednym miejscu trzy dni i potem wybierasz najlepsze numery. Tak, zabieramy się za to niebawem.
Na koniec, jak realizacja „Polskiego gówna”?
Chcemy rzucić gównem w Pałac Kultury, żeby to nie było offowe. Zależy nam, aby była to produkcja kinowa, aby ludzie poszli do kina i zobaczyli ten film w kinach. Lecę po branży, po bandzie. Nie chcę, żeby to było tylko w internecie. Chcę, żeby ludzie poszli do kina i powiedzieli „O jaaa! Takie coś w kinie”. Film ma być zły i brzydki. Musisz być bezkompromisowy, żeby to nie była komedyjka. Na razie czekamy na kasę i przerabiamy scenariusz ze Smarzowskim. Spoko, będzie dobrze.
Z Ryszardem "Tymonem" Tymańskim rozmawiali:
makek i stanley





komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.